Moja taksówka nr boczny Sopot 306, Peugeot 404, silnik benzynowy. Takówkowałem bodaj 3 lata. W tamtych czasach jeżdziło się na okrągło, niemal natychmiast po wyjeżdzie z pod domu. Bardzo rzadko stawałem na postojach; raz że klientów nie brakowało, dwa by nie prowadzić rozmów z taksówkarzami, bo temat był jednakowy: narzekanie na wszystko, że to się prawie nie opłaca itd. Pasażerowie oczywiście różni- z reguły nie zabierałem nietrzeżwych. Praca wcale nie taka lekka, ale miałem dowolny czas do dyspozycji, który raczej spędzałem przy naprawach silników. Jak zabrakło pieniędzy po prostu wsiadałem w taxi i natychmiast były. W czasie naprawy jednego z samochodów VW zjechałem naprawionym egzemplarzem z kanału. Po ujechaniu kilkunastu metrów poczułem zapach benzyny. Okazało się, że obluzował się przewód doprowadzający paliwo ze zbiornika do silnika. Szybko, na resztkach benzyny w gażniku wjechałem z powrotem na kanał, przewód zamocowałem. Ręka oczywiście oblana benzyną. Tak zjechałem z kanału i zacząłem nakładać deski. Jedna z nich zaczepiła o tzw kablówkę, wpadła do kanału w którym się znajdowałem. Nastąpił wybuch par benzyny (było to latem) i uległem poparzeniu twarzy, rąk. Pogotowie, Szpital Morski w Gdyni- Orłowie. Miałem już tzw trójkąt śmierci (usta, broda) ale mnie pięknie wyleczono tak, wkrótce nie było śladu. Piszę o tym, bo zdarzyło mi się też topić w rejsie statku s/s Tobruk, na Morzu Śródziemnym w drodze do kraju z Indii o czym w jednym z następnych postów. Był to czas zbliżającego rozstania się z Wybrzeżem- konkretniej z Sopotem na zawsze. Syn po maturze, zdał na studia a ja zostawiłem dorobek (piękne mieszkanie w centrum Sopot, wykupione na nazwisko żony) bodaj
najpiękniejszej części mojego życia. Odjechałem wspomnianym Peugeotem 404 zabierając mniej wartościowe przedmioty codziennego użytku i rzeczy osobiste. Do następnego.
Blog przyjazny, życzliwy. Bieżące sprawy, przemyślenia, wspomnienia z ciekawych podróży po świecie. Nieco wspomnień o składaniu silników VW, a krótkofalowcom wspomnienia z przed lat i z bieżących wrażeń mojego udziału w licznych zawodach krajowych i międzynarodowych na falach krótkich, na telegrafii. Teksty przeważnie własne. Przedruk wymaga mojej akceptacji i autoryzacji.
wtorek, 27 września 2011
sobota, 24 września 2011
adiunkt i mechanik samochodowy d.c.
Wreszcie mój VW 1600 TL ruszył. Stał się oczywiście reklamą, jako że w tamtych czasach VW był rzadko spotykany na drodze. Królowały Syreny, Trabanty, Wartburgi, Skody na czele z FSO Warszawa. Paliwo było tanie. Zwykle tankowało się do pełna. Były dwa rodzaje; niskooktanowa w kolorze różowym zwana buraczanką i wysokooktanowa o kolorze żółtym. Nieraz, na stacji benzynowej zagadywano mnie, kto panu robił ten samochód, zapisywano adres (telefonu nie miałem) i w ten sposób zyskiwałem klientelę. Nie był to warsztat z prawdziwego zdarzenia, ot hobbystyczne dokonywanie napraw i co najważniejsze- skuteczne. W rozliczeniu brałem zwykle niepotrzebne właścicielowi części VW, które pożniej wkładałem do silników następnych klientów. Moje ręce to "koszmar manikurzystki" jak skwitował mój kolega w jednym z artykułów o mnie. Każdy silnik z reguły brudny, olej niskiej jakości, bo lepszych po prostu nie było. Jak na kontrolce w samochodzie świeciła lampka ciśnienia oleju sygnalizująca niesprawność silnika to "wymyślono", że radą na to jest jazda na oleju od silnika Diesla, bo jest gęsty. Zwykle tenże po nagrzaniu silnika miał konsystencję wody, nie smarował i takie egzemplarze trafiały do mnie. Owszem, były warsztaty, które naprawiały silniki VW chłodzone powietrzem, ale zwykle beznadziejne przypadki kierowano do mnie "jak ten pan (mowa o mnie) nie podejmie się naprawy, to już nikt go nie zrobi" Było to wyzwanie, a uruchomienie ogromną satysfakcją. Był to nader spektakularny efekt pracy. W przeciwieństwie do tego, który był w pracy w Instytucie Morskim, gdzie moja- nasza rola kończyła się na oddaniu zleceniodawcy pracy - studium projektowego przedsięwzięcia. Nawet otworzyłem przewód doktorski, napisałem pracę, ale to nie dawało mi większej satysfakcji. Wielokrotnie przepisywany tekst, poprawiany wręcz mnie zniechęcił do kontynuowania toku pracy.
Wpadłem na koncepcje zostania... taksówkarzem. Od razu pojawiły się trudności, z których główna to brak stażu pracy w charakterze kierowcy w przedsiębiorstwie uspołecznionym (przedsiębiorstwo państwowe lub spółdzielcze) Wybór padł na zakład budowy elektrowni szczytowo- pompowej w Żarnowcu. W rozmowie z dyrektorem zakładu ujawniłem swoje wyższe wykształcenie ekonomiczne i średnie techniczne. Zadeklarowałem, że będę pracował na etacie elektryka samochodowego przez 3 miesiące i wzamian otrzymam dokument, że jestem zatrudniony jako kierowca. Tak się tez stało i podjąłem ciężką prace poza domem. Był to sierpień, a że praca niemal cały czas na wolnym powietrzu jeszcze do wytrzymania. Praca moja polegała na naprawie i usuwaniu usterek na maszynach buldożerach Harvester, betoniarek Stetter, dzwigu Coles. Według robotników, byłem pierwszym mechanikiem, który upominał się o schematy... Np dzwig Coles miał uszkodzony system odczytu nośności w zależności od kąta wychylenia i teleskopowej długości ramienia. Stąd ryzyko dla obsługi, że dżwig może się po prostu przewrócić. Po usunięciu usterki z wysokości kabiny gdzieś na poziomie 3-go piętra operator bił mi brawo... Poziom "wiedzy" niektórych był niski. Wezwano mnie do usunięcia usterki lokomtywy spalinowej, bo rozrusznik nie chciał ruszyć. Moim oczom mnie wierzyłem; otóż obok lokomotywy stały dwa akumulatory samochodowe o pojemności ok 120 Ah połączone w szereg (24V) i wszystko to połączone z lokomotywą cienkim przewodem jak do lampki nocnej. Nagminne też były przypadki dekompletowania nadchodzących głównie z Włoch specjalistycznych urządzeń np. do nakładania powierzchni pochyłej zbiornika wody. I to na zasadzie, że to nowe, zagraniczne "może się to przyda". Po 3ch miesiącach otrzymałem upragniony dokument. Na koniec przedstawiono mi propozycję objęcia stanowiska zgodnego z moim wykształceniem, zorganizowania sieci łączności ale z nich nie skorzystałem. Jak się wkrótce okazało w tej niedokończonej inwestycji pochłonięto ogromne środki finansowe. Następnym tytułem postu będzie "Taksówkarz"
Wpadłem na koncepcje zostania... taksówkarzem. Od razu pojawiły się trudności, z których główna to brak stażu pracy w charakterze kierowcy w przedsiębiorstwie uspołecznionym (przedsiębiorstwo państwowe lub spółdzielcze) Wybór padł na zakład budowy elektrowni szczytowo- pompowej w Żarnowcu. W rozmowie z dyrektorem zakładu ujawniłem swoje wyższe wykształcenie ekonomiczne i średnie techniczne. Zadeklarowałem, że będę pracował na etacie elektryka samochodowego przez 3 miesiące i wzamian otrzymam dokument, że jestem zatrudniony jako kierowca. Tak się tez stało i podjąłem ciężką prace poza domem. Był to sierpień, a że praca niemal cały czas na wolnym powietrzu jeszcze do wytrzymania. Praca moja polegała na naprawie i usuwaniu usterek na maszynach buldożerach Harvester, betoniarek Stetter, dzwigu Coles. Według robotników, byłem pierwszym mechanikiem, który upominał się o schematy... Np dzwig Coles miał uszkodzony system odczytu nośności w zależności od kąta wychylenia i teleskopowej długości ramienia. Stąd ryzyko dla obsługi, że dżwig może się po prostu przewrócić. Po usunięciu usterki z wysokości kabiny gdzieś na poziomie 3-go piętra operator bił mi brawo... Poziom "wiedzy" niektórych był niski. Wezwano mnie do usunięcia usterki lokomtywy spalinowej, bo rozrusznik nie chciał ruszyć. Moim oczom mnie wierzyłem; otóż obok lokomotywy stały dwa akumulatory samochodowe o pojemności ok 120 Ah połączone w szereg (24V) i wszystko to połączone z lokomotywą cienkim przewodem jak do lampki nocnej. Nagminne też były przypadki dekompletowania nadchodzących głównie z Włoch specjalistycznych urządzeń np. do nakładania powierzchni pochyłej zbiornika wody. I to na zasadzie, że to nowe, zagraniczne "może się to przyda". Po 3ch miesiącach otrzymałem upragniony dokument. Na koniec przedstawiono mi propozycję objęcia stanowiska zgodnego z moim wykształceniem, zorganizowania sieci łączności ale z nich nie skorzystałem. Jak się wkrótce okazało w tej niedokończonej inwestycji pochłonięto ogromne środki finansowe. Następnym tytułem postu będzie "Taksówkarz"
czwartek, 22 września 2011
Instytut Morski- adiunkt i mechanik samochodowy...
Jak wspomniałem, po zatrudnieniu w Stoczni Gdańskiej właściwie na dwóch etatach (ekonomista i radiooficer). Jak się po latach okazało po przejściu na emeryturę, z płacą średniej krajowej 440% przyszła pora na chude lata. W Instytucie byłem jedynym, który praktycznie miał kontakt z tzw pływaniem, ze stocznią. Zostałem adiunktem, póżniej kierownikiem Pracowni Prognozowania Żeglugi. Praca moja m polegała na dokonywaniu opracowań (przeważnie w zespole) dotyczących gospodarki morskiej, udział w sympozjach organizowanych - m inn. w Stoczni Szczecińskiej - nt przyszłej produkcji zakładu. Wówczas b. słusznie moce produkcyjne zakładu kierowano na produkcję promów pasażerskich. Na KOPI (Komisja Oceny Projektów Inwestycyjnych)w Warszawie jako przedstawiciel Instytutu sprzeciwiłem się jako jedyny budowie dla armatora polskiego statku przeznaczonego do pływania Drogą Północną. Taki statek to ogromny wydatek; że wspomnę o kadłubie wytrzymałym na poruszanie się w krze, na ogromne zapasy wody, paliwa, żywności pozwalające na przetrwanie prawie rok czasu w razie ugrzężnięcia w lodach. Deklarowałem w opracowaniach potrzebę rozbudowy naszej floty o zbiornikowce, których wówczas mieliśmy słownie trzy. Każde opracowanie wymagało poprawek co przy ówczesnej technice (maszynopisanie) bardzo pracochłonne. Bardzo korzystnie wspominam możliwość dostępu do fachowej literatury mimo dolarowych na to wydatków. Ten status adiunkta- pracownika naukowego nie dawał jednak szans na podtrzymanie dotychczasowego wysokiego standardu życia. Posiadanie samochodu- marzeniem. Ale nadarzyła się okazja zakupu samochodu Volkswagen. Usunięcie usterek w nabytku powierzyłem - a jakże - państwowemu czy też spółdzielczemu warsztatowi. Po części jeżdziłem specjalnie do Warszawy. Po ponad miesiącu oczekiwania jeszcze tam czegoś brakowało i w końcu nawet z niesprawnym układem hamulcowym pojazd odebrałem... Wyszukałem "fachowca" , który jak chciał i kiedy chciał zaczął składać silnik. Trwało to miesiącami, podglądałem technikę składania i tak się zaczęło; w dzień w Instytucie, wieczorami i w nocy przy składaniu silników VW chłodzonych powietrzem. Temat będzie kontynuowany następnym postem.
poniedziałek, 19 września 2011
Scandinavian Activity Contest CW
Witam. Krótkofalowcy biorą między innymi w zawodach, które odbywają się w każdy weekend. Polega to na nawiązaniu -zwykle- jak największej ilości łączności ; w skrócie QSO w relacjach wszyscy ze w wszystkimi lub też do kraju, czy też grupy krajów w dużym skrócie na telegrafii- CW lub fonii -SSB. Są tez i inne rodzaje emisji, ale o tym przy innej okazji. W ub. weekend brałem udział w zawodach SAC w części telegraficznej. Udział polegał na nawiązaniu na pasmach 80- 10 m, na telegrafii łączności z radioamatorami Skandynawii a więc Szwecji, Norwegii, Danii, Finlandii, Islandii. Startowałem kilka godzin w niedzielę, choć rozpoczęły się w sobotę o 14-tej naszego czasu (używamy standardu czasowego Greenwich - UTC czyli o 12-tej). Lączność w zależności od sprawności operatorów trwa zwykle do 10 sekund. Polega to na wymianie kolejnego numeru łączności. Moim zadaniem jest odebranie znaku, numeru kontrolnego łączności i wklikanie go w PC. Wyniki wstępne oblicza program naszego komputera a po przesłaniu wykazu łączności do organizatora droga elektroniczną tamże sprawdzane i okresie co najmniej pół roku ogłaszane na stronie organizatora i w prasie krótkofalarskiej. Czas zwykłych łączności i tych w zawodach to absolutne oderwanie się od codziennych obowiązków- a więc czynny wypoczynek. Jak wspomniałem, mój krótszy udział z racji obowiązków rodzinnych. Hołduję zasadzie, że "to ma być przyjemność". Krótkofalowiec to zwykle znajomość podstawowa radiotechniki, czynna języka angielskiego, biegłość w obsłudze PC, osobiste spotkania, zjazdy fanów poszczególnych emisji, warsztaty w dosłownym tego znaczeniu w konstruowaniu. Zwykle za udział w zawodach dla trzech pierwszych organizator przysyła dyplom ; czasem dla wszystkich certyfikat uczestnictwa. Log za SAC Contest CW wysłany, potwierdzony. Zawody jak zwykle ciekawe, propagacja na kraje skandynawskie świetna. Wspomnę, że jestem stałym uczestnikiem weekendowych zawodów za każdym razem niejako sprawdzając swoje umiejętności zważywszy wiek 79 lat i chorobę reumatyczną. I że jestem. Do następnego !
wtorek, 13 września 2011
Fiński epizod cz. IV
m/s Maltesholm zawinął do Houston. Tam wycieczka do centrum sterowania lotami kosmicznymi NASA. Jak wiadomo, start rakiet, promów odbywa się z przylądka Canaveral. Centrum świetnie przygotowane, wiele osób zwiedzających. Rożnego rodzaju pamiątki. Na eksponatach wszedzie napisy "no touch" . Wrażenie pobytu na sali Centrum znanej z przekazów TV, możliwość wglądu w kapsułę lądownika niesamowita. Kolor kapsuły- brudna szarość z przegrzania powłoki przy wejściu w atmosferę ziemi. Replika pojazdu księżycowego niezwykle ciekawa. W tamtych czasach ((PRL-u) oglądaliśmy przekazy za pośrednictwem naziemnych przekażników z Bornholm lub przez Katowice. Filmy zagraniczne - głównie radzieckie- miały tłumaczenie tekstów napisami u dołu obrazu. Hitami była "Niewolnica Isaura" czy też "Powrót do Edenu" jako przykłady "złego" Zachodu. Te napisy zapewne sprawiły, że tamto pokolenie biegle czyta...
Warto wspomnieć, że opisywany rejs odbył się w 1974 roku, a więc 37 lat temu, stąd opis tak syntetyczny. Nawał obowiązków zawodowych, szczególnie w porcie nie pozwalał mi na zwiedzanie w potocznym tego znaczeniu. Po Houston porty: Galveston, Nowy Orlean i ponownie na Florydzie, ale tym razem zawinęliśmy do Tampa. Następny port Felixstowe w U.K. (to taki port kontenerowy Londynu). W Londynie byłem kilkakrotnie innym fińskim statkiem m/s Finnfighter. Cumowaliśmy przy nabrzeżu Milwall tuż przy sławnym moście Tower Bridge. Po Felixtowe m/s Maltesholm zawinął d Oslo. Stamtąd niespodziewanie Umea - szwedzki port na Bałtyku i ponownie Helsinki. Tak w telegraficznym skrócie przebiegł mój najpiękniejszy i ostatni rejs morski.
Po powrocie do Polski czekała mnie przykra niespodzianka bo w międzyczasie nie dostałem przyrzeczonego urlopu bezpłatnego w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Niemal natychmiast zostałem przyjęty do pracy w Instytucie Morskim w Gdańsku co rozpoczyna - jak się okazało - w miarę stabilny, ciekawy ale nisko płatny pobyt na lądzie. Do następnego.
Warto wspomnieć, że opisywany rejs odbył się w 1974 roku, a więc 37 lat temu, stąd opis tak syntetyczny. Nawał obowiązków zawodowych, szczególnie w porcie nie pozwalał mi na zwiedzanie w potocznym tego znaczeniu. Po Houston porty: Galveston, Nowy Orlean i ponownie na Florydzie, ale tym razem zawinęliśmy do Tampa. Następny port Felixstowe w U.K. (to taki port kontenerowy Londynu). W Londynie byłem kilkakrotnie innym fińskim statkiem m/s Finnfighter. Cumowaliśmy przy nabrzeżu Milwall tuż przy sławnym moście Tower Bridge. Po Felixtowe m/s Maltesholm zawinął d Oslo. Stamtąd niespodziewanie Umea - szwedzki port na Bałtyku i ponownie Helsinki. Tak w telegraficznym skrócie przebiegł mój najpiękniejszy i ostatni rejs morski.
Po powrocie do Polski czekała mnie przykra niespodzianka bo w międzyczasie nie dostałem przyrzeczonego urlopu bezpłatnego w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Niemal natychmiast zostałem przyjęty do pracy w Instytucie Morskim w Gdańsku co rozpoczyna - jak się okazało - w miarę stabilny, ciekawy ale nisko płatny pobyt na lądzie. Do następnego.
wtorek, 6 września 2011
Samo zycie...
Jeszcze tylko kilka dni, a zamieszczę post kontynuujący wspomnienia z podrózy m/s Maltesholm. Przerwa spowodowana jest kłopotami zdrowotnymi; 6 dniowym pobycie w szpitalu, po powrocie, w domu zatrzymaniem na kilka sekund akcji serca. Żona jest pielęgniarką, mimo 3 nad ranem w porę masaż serca przywrócił mi możliwość dalszego funkcjonowania. Jak by nie było, pracuje (serduszko) już 78 lat.
Ku "rozpaczy" małżonki zamiast odpoczywać, być na luzie wciąż mam coś do zrobienia. Stąd tytuł krótkiego postu. Do następnego !
Ku "rozpaczy" małżonki zamiast odpoczywać, być na luzie wciąż mam coś do zrobienia. Stąd tytuł krótkiego postu. Do następnego !
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)