m/s "Oksywie" w Bejrucie. Z portu krótki wypad na wycieczkę do ruin Baalbek ok 86 km od Bejrutu. Taki tamtejszy Akropol. W Bejrucie niezwykła łatwość "robienia interesu"; nawet po polsku można się porozumieć ! Spotyka się nawet osobników płci męskiej z blond włosami. Czyżby to ślad po przejściu Armii Andersa ? Zakupy robimy oczywiście na miarę naszych kieszeni. Pamiętam, że niemal co krok można się napić orzeźwiającego koktajlu owocowego z lodem składającego się z soku z marchwi, cytryny, banana, pomarańczy, grape fruit-u robionych na zamówienie. Cukru w tym komponencie w naszym pojęciu się nie używa. Każde takie stoisko ma malutka prasę, wkłada się trzcinę cukrową i taki płynny cukier wraz w ww owocami... Pycha. Można mieć zastrzeżenia co do higieny przyrządzania i podawania, ale to są wymagania Europejczyka. Z Bejrutu płyniemy do Azjatyckiej części Turcji Iskenderunu. Krajobraz wydaje się pustynny, bez zieleni na wzgórzach w kolorze brunatnym okalających port. Krótki postój; nawet nikt nie schodził ze statku. Płyniemy do Pireusu w Grecji. Nieco dłuższy postój pozwalający na wycieczkę do pobliskich Aten. Zwiedzanie Akropolu. Tak się złożyło, że na ten wypad wybrała się część załogi nie władająca językiem angielskim, więc służyłem za tłumacza... Wśród marynarzy - nie bez powodu - Grecy w każdym porcie od razu mieli namiary na swoich ziomków i zawsze jakieś tam sprawy załatwiali. Jak się spotykali z ziomkami, to spontanicznie i radośnie witali sie ze sobą. To spostrzeżenie z uwagi na to, że pewna ilość Greków pracowała we flocie polskiej. Osobiście w każdej z moich podróży unikałem kontaktu z Polakami. Następnym portem Odessa. Onegdaj byłem w ZSRR również na wycieczce droga lotniczą w Soczi a po drodze w Moskwie, ale o tym osobnym postem. W Odessie rozładunek 800 ton pomarańcz, które były ekspediowane do wówczas nowo powstających miast zamieszkałych głównie przez młodych. Odessa zapewne wówczas, w ZSRR jak i teraz rządzi się zupełnie innymi prawami i zwyczajami...
Po Odessie następnym portem (jakby macierzystym, bo najbliżej Polski) Braila w Rumunii. Tam nasza załoga balowała ku widocznemu przerażeniu Rumunów w karbach reżimu Ceausescu. Jedyny port, gdzie stać nas było na pewne odreagowanie od codzienności pobytu na statku w oderwaniu od rodziny, od Kraju. W porównaniu do dzisiejszej rzeczywistości i tamtejszej Europy Zachodniej siermiężnego, przytłoczonego ale przede wszystkim mojej Ojczyzny.
Blog przyjazny, życzliwy. Bieżące sprawy, przemyślenia, wspomnienia z ciekawych podróży po świecie. Nieco wspomnień o składaniu silników VW, a krótkofalowcom wspomnienia z przed lat i z bieżących wrażeń mojego udziału w licznych zawodach krajowych i międzynarodowych na falach krótkich, na telegrafii. Teksty przeważnie własne. Przedruk wymaga mojej akceptacji i autoryzacji.
wtorek, 25 października 2011
wtorek, 11 października 2011
Trzy morza cz III
Na m/s "Liwiec" alarm szalupowy trwa. Część załogi pokładowej próbuje spuścić szalupę ratunkową ; urywa się olinowanie rufowe i szalupa w nietypowy sposób wisi na dziobowej linie. Wygląda to żałośnie... Spuszczono szalupę już bez problemu z drugiej burty. Kilka minut pływania, wciągnięcie jej z powrotem na statek i alarm szalupowy odwołano. Kapitan daje komendę "pełna naprzód" , słychać z maszynowni zupełnie nietypowy rumor, statkiem zatrzęsło. Kapitan błyskawicznie zbiega na dół do maszynowni. Okazało się, że obluzowane jest zabezpieczenie koła zamachowego silnika głównego. Gdyby tak na pełnych obrotach silnika, w rejsie potężne rozpędzono koło zamachowe by się urwało niechybnie przebiłoby kadłub w maszynowni. A więc postój kilkugodzinny dla usunięcia uszkodzenia i dalej kurs na Aleksandrię. W Aleksandrii wsiadam do pociągu ekspresowego; klimatyzowany, czysty. Kierunek PortSaid do zaokrętowania na m/s "Oksywie". W tym samym czasie kolega radiooficer wyjechał pociągiem do Aleksandrii objąć z powrotem radiostację na m/s "Liwiec. Bez problemu dojazd do Port Said i wejście na burtę m/s "Oksywie". Obydwa statki tej samej klasy około 1000 BRT nośności. Jakoś nietypowo, ale bardzo wygodnie radiostacja znajduje się nie tuż przy kabinie nawigacyjnej ale na poziomie pokładu przy kuchni co - jak się okazało - w znaczny sposób wpłynęło na przyrost mojej wagi. Z PortSaid m/s "Oksywie" kieruje się do portu Lattakia w Syrii. Bliski Wschód, ciepło, słonecznie. Po prostu pogoda bajkowa. Następny port to Bejrut; załadunek 800 ton pomarańcz i kierunek Iskenderun w Turcji, Pireus (Grecja) - docelowo (z tymi pomarańczami) Odessa. Piszę niemal w stylu telegraficznym ale nie sposób ująć tym postem wrażeń więc do następnego.
sobota, 8 października 2011
Trzy morza cz. II
Ponownie zorganizowano mi wyjazd do portu Braila w Rumunii. Tym razem drogą
a lotniczą. Moje opóźnienie przyjazdu spowodowało, że radiooficer z m/s "Liwiec zaokrętował na m/s "Oksywie, które już płynie z Braila do Aleksandrii. Z Warszawy LOT-em lądowanie w Pradze, gdzie okazało się, że nie ma miejsc na lot do Budapesztu. Interweniuję u przedstawiciela LOT-u w Pradze co spowodowało, że miejsce się znalazło. Lotnisko w Budapeszcie. Oczekuję na połączenie, ale poważne opóźnienie przylotu spowodowało, że odlot do Bukaresztu nastąpi następnego dnia rano. Zapewniono mi hotel, kolację, śniadanie. Proszę o kontakt z Polska ambasadą, by powiadomiono armatora o moich kłopotach. Ambasada b. życzliwie podstawiając samochód umożliwiła mi wycieczkę po Budapeszcie. Następnego dnia odlot z Budapesztu, przylot do Bukaresztu. Tam czeka na mnie przedstawiciel armatora (PŻM) i razem, pociągiem ekspresowym do stacji Braila. Dojechałem tam późnym wieczorem. Z Kapitanatu Portu malutkim holownikiem ruszamy. Ciemno, silna fala. Dobijamy do m/s "Liwiec. Jakimś cudem, przy dużym poziomie góra- dół pomiędzy holowniczkiem a statkiem (wyjaśniam, że sztuka polega na tym, aby chwycić drabinkę przy najwyższym poziomie holowniczka w stosunku do burty statku) po sztormtrapie wchodzę na pokład i niemal natychmiast komenda "pełna naprzód" i płyniemy też do Aleksandrii. Statek 1000 BRT, a więc dziesięć razy mniejszy od s/s Tobruk, kiwa strasznie. Na wszelki wypadek sprawdziłem, czy kamizelka ratunkowa w kabinie. Zapoznaję się z radiostacją, obsługą. Wczesnym rankiem - poza godzinami wachty pobudka. Statkiem rzuca potężna fala jakby coraz mocniej, deszcz potężny, jakby jakieś gigantyczne wiadro wody wylewało się na statek, kapitan powiadamia, że echosonda nie działa. Ruszam do goniometru (urządzenie do radiowego ustalenia pozycji statku). Z dokumentów wynika, że radiowe stacje goniometryczne jeszcze nie w cyklu nadawania (zwykle ok 6 minut 2 razy na godzinę) a ja natychmiast potrzebuję ustalenia, gdzie się znajdujemy. Na szczęście aktywna telegraficzna stacja nabrzeżna IstanbulRadio. Okazuje się, że jesteśmy na kursie, a więc niebezpiecznie. Robimy lewo na burt i w kilka minut później ustaje deszcz i niechybnie statek płynął na brzeg. Uff. W godzinę później, przy dalszej b. złej pogodzie na M. Czarnym wchodzimy w Kanał. Wrażenie niesamowite, b. strome i wysokie brzegi Kanału a w górze piękne, bez chmurki lazurowe niebo. Duży ruch statków, motorówek, z prawej burty Istanbul, z lewej już Azjatycka część Turcji. Po wyjściu z Kanału na pełne morze woda bez fali, spokojnie- prawie relaksowo. Przy okazji, przechadzając się po statku zauważyłem fatalny stan lin w bloczkach, rdza. Gdzieś przed trawersem wyspy Cypr rozmawiam z kapitanem i drążę go swoimi obawami o stan szalup, olinowania bloczków, tratwy ratunkowe itd. Widać podziałało, bo przy pięknej słonecznej pogodzie kapitan zarządza alarm szalupowy. Część III nastąpi...
a lotniczą. Moje opóźnienie przyjazdu spowodowało, że radiooficer z m/s "Liwiec zaokrętował na m/s "Oksywie, które już płynie z Braila do Aleksandrii. Z Warszawy LOT-em lądowanie w Pradze, gdzie okazało się, że nie ma miejsc na lot do Budapesztu. Interweniuję u przedstawiciela LOT-u w Pradze co spowodowało, że miejsce się znalazło. Lotnisko w Budapeszcie. Oczekuję na połączenie, ale poważne opóźnienie przylotu spowodowało, że odlot do Bukaresztu nastąpi następnego dnia rano. Zapewniono mi hotel, kolację, śniadanie. Proszę o kontakt z Polska ambasadą, by powiadomiono armatora o moich kłopotach. Ambasada b. życzliwie podstawiając samochód umożliwiła mi wycieczkę po Budapeszcie. Następnego dnia odlot z Budapesztu, przylot do Bukaresztu. Tam czeka na mnie przedstawiciel armatora (PŻM) i razem, pociągiem ekspresowym do stacji Braila. Dojechałem tam późnym wieczorem. Z Kapitanatu Portu malutkim holownikiem ruszamy. Ciemno, silna fala. Dobijamy do m/s "Liwiec. Jakimś cudem, przy dużym poziomie góra- dół pomiędzy holowniczkiem a statkiem (wyjaśniam, że sztuka polega na tym, aby chwycić drabinkę przy najwyższym poziomie holowniczka w stosunku do burty statku) po sztormtrapie wchodzę na pokład i niemal natychmiast komenda "pełna naprzód" i płyniemy też do Aleksandrii. Statek 1000 BRT, a więc dziesięć razy mniejszy od s/s Tobruk, kiwa strasznie. Na wszelki wypadek sprawdziłem, czy kamizelka ratunkowa w kabinie. Zapoznaję się z radiostacją, obsługą. Wczesnym rankiem - poza godzinami wachty pobudka. Statkiem rzuca potężna fala jakby coraz mocniej, deszcz potężny, jakby jakieś gigantyczne wiadro wody wylewało się na statek, kapitan powiadamia, że echosonda nie działa. Ruszam do goniometru (urządzenie do radiowego ustalenia pozycji statku). Z dokumentów wynika, że radiowe stacje goniometryczne jeszcze nie w cyklu nadawania (zwykle ok 6 minut 2 razy na godzinę) a ja natychmiast potrzebuję ustalenia, gdzie się znajdujemy. Na szczęście aktywna telegraficzna stacja nabrzeżna IstanbulRadio. Okazuje się, że jesteśmy na kursie, a więc niebezpiecznie. Robimy lewo na burt i w kilka minut później ustaje deszcz i niechybnie statek płynął na brzeg. Uff. W godzinę później, przy dalszej b. złej pogodzie na M. Czarnym wchodzimy w Kanał. Wrażenie niesamowite, b. strome i wysokie brzegi Kanału a w górze piękne, bez chmurki lazurowe niebo. Duży ruch statków, motorówek, z prawej burty Istanbul, z lewej już Azjatycka część Turcji. Po wyjściu z Kanału na pełne morze woda bez fali, spokojnie- prawie relaksowo. Przy okazji, przechadzając się po statku zauważyłem fatalny stan lin w bloczkach, rdza. Gdzieś przed trawersem wyspy Cypr rozmawiam z kapitanem i drążę go swoimi obawami o stan szalup, olinowania bloczków, tratwy ratunkowe itd. Widać podziałało, bo przy pięknej słonecznej pogodzie kapitan zarządza alarm szalupowy. Część III nastąpi...
środa, 5 października 2011
Trzy morza cz. I
Ten tytuł to Morze Czarne, Morze Egejskie i Morze Śródziemne. W latach 1957- 1961 pływałem na statkach Polskich Linii Oceanicznych z siedzibą Centrali w Gdyni: s/s Tobruk (s/s oznacza,że jest to statek o napędzie siłowni parowej steam ship, m/s to statek motorowy motor ship zwykle z silnikiem Diesla), s/s Narwik obydwa klasy Liberty, budowy w czasie II Wojny Światowej oraz m/s Djakarta. W 1962 nastąpiło przegrupowanie kadrowe u dwóch największych polskich armatorów w wyniku którego zostałem przeniesiony do Polskiej Żeglugi Morskiej Szczecin. PLO obsługiwały przewóz ładunków drobnicowych, PŻM masowych (ruda, węgiel, fosfaty) Dostałem przydział na m/s Oksywie, który pływał w tzw. detaszu czyli między obcymi portami a konkretnie: Odessa, Braila (Rumunia), Aleksandria, PortSaid (Egipt), Lattakia w Syrii, Bejrut w Libanie, Iskenderun w Turcji, Pireus w Grecji i z powrotem Braila w Rumunii. Podróż (oczywiście służbową)organizował mi armator: z Warszawy PKP przez Medykę, Mostiska II (ZSRR) do Bukaresztu. Stamtąd do Braila i na statek m/s Oksywie
. Odprawa po stronie polskiej bez problemu. Na stacji Mostiska II kazano mi wysiąść i mam najbliższym pociągiem wracać do Polski. Nie podobała się Książeczka Żeglarska, która jest honorowana niemal we wszystkich krajach jako paszport międzynarodowy i pewno fakt, że urodziłem się we Lwowie. Nie pomogły żadne tłumaczenia, logika, że pozostanę przecież na terytorium ZSRR kilka razy dłużej niż trwa przejazd pociągu, że podróż służbowa. Niet, wysiadać ! Siedzę na małej stacyjce. A jakże, mam obstawę ale nie reaguje jak do mnie podchodzą po kolei jeden za drugim Ukraińcy z wyraźnym przejęciem, po polsku pytając o Polskę, częstują a jakże jednym, drugim kielichem, jedzeniem. Na stacji zrobiło się weselej, prawie jak w knajpce... Ludzie widać ciężko spracowani, w kufajkach. Tak spędziłem kilkanaście godzin. Podjechał pociąg i wracam z powrotem do Polski. W owych czasach nie było takich środków łączności jak dzisiaj. Byłem (jako,że to podróż służbowa) bez pieniędzy, ale lekko "wcięty" miałem rozmowę z konduktorem, który ogarnąwszy moje kłopoty usadowił mnie w wagonie sypialnym i tak dojechałem do Warszawy. W Oddziale PŻM popłoch, bo na mnie, w porcie Braila czeka statek. Zorganizowano mi przelot do Bukaresztu z przesiadkami z LOT-u na samoloty Czechosłowacki w Pradze do Budapesztu i stamtąd samolotem Węgierskich linii do Bukaresztu następnie pociągiem do Braila. Takie były plany a co z tego wyszło następnym wpisem..
. Odprawa po stronie polskiej bez problemu. Na stacji Mostiska II kazano mi wysiąść i mam najbliższym pociągiem wracać do Polski. Nie podobała się Książeczka Żeglarska, która jest honorowana niemal we wszystkich krajach jako paszport międzynarodowy i pewno fakt, że urodziłem się we Lwowie. Nie pomogły żadne tłumaczenia, logika, że pozostanę przecież na terytorium ZSRR kilka razy dłużej niż trwa przejazd pociągu, że podróż służbowa. Niet, wysiadać ! Siedzę na małej stacyjce. A jakże, mam obstawę ale nie reaguje jak do mnie podchodzą po kolei jeden za drugim Ukraińcy z wyraźnym przejęciem, po polsku pytając o Polskę, częstują a jakże jednym, drugim kielichem, jedzeniem. Na stacji zrobiło się weselej, prawie jak w knajpce... Ludzie widać ciężko spracowani, w kufajkach. Tak spędziłem kilkanaście godzin. Podjechał pociąg i wracam z powrotem do Polski. W owych czasach nie było takich środków łączności jak dzisiaj. Byłem (jako,że to podróż służbowa) bez pieniędzy, ale lekko "wcięty" miałem rozmowę z konduktorem, który ogarnąwszy moje kłopoty usadowił mnie w wagonie sypialnym i tak dojechałem do Warszawy. W Oddziale PŻM popłoch, bo na mnie, w porcie Braila czeka statek. Zorganizowano mi przelot do Bukaresztu z przesiadkami z LOT-u na samoloty Czechosłowacki w Pradze do Budapesztu i stamtąd samolotem Węgierskich linii do Bukaresztu następnie pociągiem do Braila. Takie były plany a co z tego wyszło następnym wpisem..
sobota, 1 października 2011
silnik VW chłodzony powietrzem.
Wspominałem o swoim hobby tzn. składanie silników Volkswagen chłodzonych powietrzem tzw "wiatrołapów" 1200 i 1300 ccm przeznaczonych do popularnego Garbusa. Pózniej, w mocniejszej wersji 1600 ccm zastosowanych w busach - Bulik, 1600 TL i inne. Z internetem pojawiły się nowe możliwości kontaktu; strony internetowe poświęcone tej tematyce. Obserwacje postów zawierające "żale" o charakterze technicznym użytkowników popularnego Garbusa zainspirowały mnie do napisania książeczki - publikacji pt. Składam silnik VW chłodzony powietrzem, która uzyskała kilkaset wyłącznie pozytywnych opinii czytelników. Od Autora, we wstępie piszę : Trzymasz w ręku publikację, która pomoże Ci samodzielnie, bez zbędnych nakładów zmontować silnik Volskwagena chłodzony powietrzem. Niewątpliwie jesteś fanem wszelkich odmian pojazdów, które ten silnik napędza a zapoznanie się z szczegółami pozwoli na jego złożenie i prawidłową oraz satysfakcjonującą eksploatację. Będziesz niejako jego ojcem... Autor nie prowadził warsztatu. Składał silniki VW tego rodzaju, bo sprawiało to mu zawsze przyjemność. Wiedza, którą tu Wam entuzjastom garbusa, bulika i innych przekazuje pochodzi wiec wylacznie z praktyki, wnikliwej obserwacji egzemplarzy montowanych w fabryce VW. Trzeba tez wymienic tych, ktorzy z powodzeniem stosuja samochodowy przeciez silnik do motolotni, sani sniegowych a nawet do samolotu. Zycze Wam co najmniej takiej satysfakcji, jakiej doznawalem przez lata cale, kiedy z -kupy zlomu- udalo mi sie zrobic cos, co ruszylo, a po wlozeniu do samochodu ozywilo nierzadko wypieszczona, pieknie pomalowana karoserie... dcn, bo pora najwiekszego obciazenia serwera...
wtorek, 27 września 2011
Taksówkarz
Moja taksówka nr boczny Sopot 306, Peugeot 404, silnik benzynowy. Takówkowałem bodaj 3 lata. W tamtych czasach jeżdziło się na okrągło, niemal natychmiast po wyjeżdzie z pod domu. Bardzo rzadko stawałem na postojach; raz że klientów nie brakowało, dwa by nie prowadzić rozmów z taksówkarzami, bo temat był jednakowy: narzekanie na wszystko, że to się prawie nie opłaca itd. Pasażerowie oczywiście różni- z reguły nie zabierałem nietrzeżwych. Praca wcale nie taka lekka, ale miałem dowolny czas do dyspozycji, który raczej spędzałem przy naprawach silników. Jak zabrakło pieniędzy po prostu wsiadałem w taxi i natychmiast były. W czasie naprawy jednego z samochodów VW zjechałem naprawionym egzemplarzem z kanału. Po ujechaniu kilkunastu metrów poczułem zapach benzyny. Okazało się, że obluzował się przewód doprowadzający paliwo ze zbiornika do silnika. Szybko, na resztkach benzyny w gażniku wjechałem z powrotem na kanał, przewód zamocowałem. Ręka oczywiście oblana benzyną. Tak zjechałem z kanału i zacząłem nakładać deski. Jedna z nich zaczepiła o tzw kablówkę, wpadła do kanału w którym się znajdowałem. Nastąpił wybuch par benzyny (było to latem) i uległem poparzeniu twarzy, rąk. Pogotowie, Szpital Morski w Gdyni- Orłowie. Miałem już tzw trójkąt śmierci (usta, broda) ale mnie pięknie wyleczono tak, wkrótce nie było śladu. Piszę o tym, bo zdarzyło mi się też topić w rejsie statku s/s Tobruk, na Morzu Śródziemnym w drodze do kraju z Indii o czym w jednym z następnych postów. Był to czas zbliżającego rozstania się z Wybrzeżem- konkretniej z Sopotem na zawsze. Syn po maturze, zdał na studia a ja zostawiłem dorobek (piękne mieszkanie w centrum Sopot, wykupione na nazwisko żony) bodaj
najpiękniejszej części mojego życia. Odjechałem wspomnianym Peugeotem 404 zabierając mniej wartościowe przedmioty codziennego użytku i rzeczy osobiste. Do następnego.
najpiękniejszej części mojego życia. Odjechałem wspomnianym Peugeotem 404 zabierając mniej wartościowe przedmioty codziennego użytku i rzeczy osobiste. Do następnego.
sobota, 24 września 2011
adiunkt i mechanik samochodowy d.c.
Wreszcie mój VW 1600 TL ruszył. Stał się oczywiście reklamą, jako że w tamtych czasach VW był rzadko spotykany na drodze. Królowały Syreny, Trabanty, Wartburgi, Skody na czele z FSO Warszawa. Paliwo było tanie. Zwykle tankowało się do pełna. Były dwa rodzaje; niskooktanowa w kolorze różowym zwana buraczanką i wysokooktanowa o kolorze żółtym. Nieraz, na stacji benzynowej zagadywano mnie, kto panu robił ten samochód, zapisywano adres (telefonu nie miałem) i w ten sposób zyskiwałem klientelę. Nie był to warsztat z prawdziwego zdarzenia, ot hobbystyczne dokonywanie napraw i co najważniejsze- skuteczne. W rozliczeniu brałem zwykle niepotrzebne właścicielowi części VW, które pożniej wkładałem do silników następnych klientów. Moje ręce to "koszmar manikurzystki" jak skwitował mój kolega w jednym z artykułów o mnie. Każdy silnik z reguły brudny, olej niskiej jakości, bo lepszych po prostu nie było. Jak na kontrolce w samochodzie świeciła lampka ciśnienia oleju sygnalizująca niesprawność silnika to "wymyślono", że radą na to jest jazda na oleju od silnika Diesla, bo jest gęsty. Zwykle tenże po nagrzaniu silnika miał konsystencję wody, nie smarował i takie egzemplarze trafiały do mnie. Owszem, były warsztaty, które naprawiały silniki VW chłodzone powietrzem, ale zwykle beznadziejne przypadki kierowano do mnie "jak ten pan (mowa o mnie) nie podejmie się naprawy, to już nikt go nie zrobi" Było to wyzwanie, a uruchomienie ogromną satysfakcją. Był to nader spektakularny efekt pracy. W przeciwieństwie do tego, który był w pracy w Instytucie Morskim, gdzie moja- nasza rola kończyła się na oddaniu zleceniodawcy pracy - studium projektowego przedsięwzięcia. Nawet otworzyłem przewód doktorski, napisałem pracę, ale to nie dawało mi większej satysfakcji. Wielokrotnie przepisywany tekst, poprawiany wręcz mnie zniechęcił do kontynuowania toku pracy.
Wpadłem na koncepcje zostania... taksówkarzem. Od razu pojawiły się trudności, z których główna to brak stażu pracy w charakterze kierowcy w przedsiębiorstwie uspołecznionym (przedsiębiorstwo państwowe lub spółdzielcze) Wybór padł na zakład budowy elektrowni szczytowo- pompowej w Żarnowcu. W rozmowie z dyrektorem zakładu ujawniłem swoje wyższe wykształcenie ekonomiczne i średnie techniczne. Zadeklarowałem, że będę pracował na etacie elektryka samochodowego przez 3 miesiące i wzamian otrzymam dokument, że jestem zatrudniony jako kierowca. Tak się tez stało i podjąłem ciężką prace poza domem. Był to sierpień, a że praca niemal cały czas na wolnym powietrzu jeszcze do wytrzymania. Praca moja polegała na naprawie i usuwaniu usterek na maszynach buldożerach Harvester, betoniarek Stetter, dzwigu Coles. Według robotników, byłem pierwszym mechanikiem, który upominał się o schematy... Np dzwig Coles miał uszkodzony system odczytu nośności w zależności od kąta wychylenia i teleskopowej długości ramienia. Stąd ryzyko dla obsługi, że dżwig może się po prostu przewrócić. Po usunięciu usterki z wysokości kabiny gdzieś na poziomie 3-go piętra operator bił mi brawo... Poziom "wiedzy" niektórych był niski. Wezwano mnie do usunięcia usterki lokomtywy spalinowej, bo rozrusznik nie chciał ruszyć. Moim oczom mnie wierzyłem; otóż obok lokomotywy stały dwa akumulatory samochodowe o pojemności ok 120 Ah połączone w szereg (24V) i wszystko to połączone z lokomotywą cienkim przewodem jak do lampki nocnej. Nagminne też były przypadki dekompletowania nadchodzących głównie z Włoch specjalistycznych urządzeń np. do nakładania powierzchni pochyłej zbiornika wody. I to na zasadzie, że to nowe, zagraniczne "może się to przyda". Po 3ch miesiącach otrzymałem upragniony dokument. Na koniec przedstawiono mi propozycję objęcia stanowiska zgodnego z moim wykształceniem, zorganizowania sieci łączności ale z nich nie skorzystałem. Jak się wkrótce okazało w tej niedokończonej inwestycji pochłonięto ogromne środki finansowe. Następnym tytułem postu będzie "Taksówkarz"
Wpadłem na koncepcje zostania... taksówkarzem. Od razu pojawiły się trudności, z których główna to brak stażu pracy w charakterze kierowcy w przedsiębiorstwie uspołecznionym (przedsiębiorstwo państwowe lub spółdzielcze) Wybór padł na zakład budowy elektrowni szczytowo- pompowej w Żarnowcu. W rozmowie z dyrektorem zakładu ujawniłem swoje wyższe wykształcenie ekonomiczne i średnie techniczne. Zadeklarowałem, że będę pracował na etacie elektryka samochodowego przez 3 miesiące i wzamian otrzymam dokument, że jestem zatrudniony jako kierowca. Tak się tez stało i podjąłem ciężką prace poza domem. Był to sierpień, a że praca niemal cały czas na wolnym powietrzu jeszcze do wytrzymania. Praca moja polegała na naprawie i usuwaniu usterek na maszynach buldożerach Harvester, betoniarek Stetter, dzwigu Coles. Według robotników, byłem pierwszym mechanikiem, który upominał się o schematy... Np dzwig Coles miał uszkodzony system odczytu nośności w zależności od kąta wychylenia i teleskopowej długości ramienia. Stąd ryzyko dla obsługi, że dżwig może się po prostu przewrócić. Po usunięciu usterki z wysokości kabiny gdzieś na poziomie 3-go piętra operator bił mi brawo... Poziom "wiedzy" niektórych był niski. Wezwano mnie do usunięcia usterki lokomtywy spalinowej, bo rozrusznik nie chciał ruszyć. Moim oczom mnie wierzyłem; otóż obok lokomotywy stały dwa akumulatory samochodowe o pojemności ok 120 Ah połączone w szereg (24V) i wszystko to połączone z lokomotywą cienkim przewodem jak do lampki nocnej. Nagminne też były przypadki dekompletowania nadchodzących głównie z Włoch specjalistycznych urządzeń np. do nakładania powierzchni pochyłej zbiornika wody. I to na zasadzie, że to nowe, zagraniczne "może się to przyda". Po 3ch miesiącach otrzymałem upragniony dokument. Na koniec przedstawiono mi propozycję objęcia stanowiska zgodnego z moim wykształceniem, zorganizowania sieci łączności ale z nich nie skorzystałem. Jak się wkrótce okazało w tej niedokończonej inwestycji pochłonięto ogromne środki finansowe. Następnym tytułem postu będzie "Taksówkarz"
Subskrybuj:
Posty (Atom)